Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Surowy poniedziałek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Surowy poniedziałek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 listopada 2012

Surowy poniedziałek, cz. III

Znowu opuszczam się w pisaniu bloga, a powody są tak banalne, że aż wstyd je wspominać. Może to jest też związane z tym, że coraz mniej mam ochotę na normalne jedzenie, a coraz większą na raw. W zasadzie to kilka przepisów oraz garść różnych zdjęć czeka na publikację, i obiecuję, że wraz z nastaniem jutrzejszego dnia zaczną pojawiać się na blogu, plus kilka przemyśleń z którymi może mi pomożecie : ) Dodam tylko, że od tego tygodnia wtorek na stałe też będzie dniem raw, i zdjęcia z niego będą publikowane również w poniedziałki. W każdym razie, ten uroczy talerzyk u góry to moje śniadanie.

Na obiad zjadłam coś niesamowitego, co było chłodniko-deserem, lub ewentualnie po odcedzeniu fantastyczną przystawką. Pomidory z syropem z agawy!


Pokroiłam na kawałki 3 soczyste dojrzałe pomidory i zmieszałam je z dwoma łyżkami z syropu z agawy. Po 15 minutach pomidory puściły sok i dodałam do nich sól, pieprz, oraz po garści natki pietruszki i bazylii.

A na kolację wrapy z kapusty z warzywami i tahini :


Na tarce starłam mały kawałek marchewki, selera, zieloną sałatę pokroiłam w cienkie wstążki, 3 małe pieczarki pokroiłam w słupki, i dodałam kilka posiekanych oliwek. Do warzyw wycisnęłam mały ząbek czosnku, doprawiłam niewielką ilością oliwy, soli i pieprzu, wszystko zmieszałam. Liście kapusty pekińskiej bardzo delikatnie posmarowałam tahini. Warzywa podzieliłam na 2 części i zawinęłam w liście. Wcześniej myślałam, że 100% warzywne wrapy to smakowa ściema, ale okazało się, że są NAPRAWDĘ pyszne.


W ciągu dnia zjadłam dużą garść orzechów laskowych, jabłko i chyba ze dwa banany, może jeszcze coś drobnego, już nie  pamiętam ;)
GO VEGAN!

poniedziałek, 5 listopada 2012

Surowy poniedziałek, cz. II


Za mną drugi dzień na surowo, obyło się bez fajerwerków kulinarnych, bo ponad połowę dnia spędziłam w pociągu, a wstałam chyba o 10... Tego dnia zjadłam dużo więcej pojedynczych owoców niż tydzień temu, ale z drugiej strony zjadłam dużo mniej na śniadanie i obiad... Czyli bilans się wyrównał :) Ze względu na to że to był dzień podróży, nie jadłam regularnie, tylko wtedy kiedy miałam na to czasu albo byłam po prostu głodna. Właściwie taki sposób jedzenia mi odpowiada, nie wiem na ile to w porządku dla mojego ciała, ale z drugiej strony kto miałby wiedzieć lepiej niż mój żołądek? ;) Tak więc na śniadanie był duży szejk :

2 mandarynki, 1 jabłko, 1 kiwi, kilka liści sałaty, plus szklanka wody. Poza tym mandarynka zjedzona w trakcie obierania owoców do koktajlu :)

Niecałe dwie godziny później 4 orzechy włoskie, śliwka i mandarynka, reszty ze zdjęcia nie chciało mi się już jeść ;)

 3 godziny później sałatka z brokuła, czerwonej i żółtej papryki oraz kiszonego ogórka z odrobiną oleju rzepakowego plus pieprz.

Do tego 2 jabłka, 3 śliwki, 4 mandarynki oraz trochę orzechów ziemnych i pestek słonecznika. Myślę, że od przyszłego tygodnia wprowadzę kolejny surowy dzień do swojej diety i w jakiś sposób je połączę, żeby wszystko było udokumentowane... nie mam pojęcia, jak to miejsce będzie wyglądać, jak już kompletnie przejdę na surowe. Trochę się tego obawiam, bo na razie kompletnie nie mam pojęcia o surowym przyrządzaniu potraw na poziomie wyższym niż to co wam pokazuję, a nie ma chyba większego sensu codzienne wklejanie warzyw i owoców... Cóż, pożyjemy zobaczymy, tymczasem do jutra :)

poniedziałek, 29 października 2012

Surowy poniedziałek, cz. I


Właśnie mija mój pierwszy surowy dzień w życiu. Jak wrażenia? Normalnie! Nie mam specjalnej ochoty na normalne jedzenie oprócz ciastek orzechowych, które upiekłam wczoraj i czają się w kuchni pod przykryciem. Nie chodziłam głodna, a wręcz przeciwnie, czasem czułam się przejedzona ilością spożytego przez siebie jedzenia. Nie zmarzłam, nie osłabłam, czuję się całkiem nieźle :) Do tej pory, gdy chciałam coś zjeść, robiłam sobie kanapkę z jakąś pastą i masą warzyw, a teraz miałam pod ręką owoce, a zazwyczaj mi się nie chciało, bo ciągnęło mnie do pieczywa... A dzisiaj bajka, móc cieszyć się słodkością jabłka bez presji, że fajniej byłoby zjeść jakąś bułę z kotletem sojowym... Przez to, że narzuciłam sobie dzisiaj taki sposób jedzenia, nie miałam wcale ochoty na nic przetworzonego, chociaż moja kuchnia pełna jest takich produktów... Bardzo mnie to cieszy, i rokuje dobrze na przyszłość. Czuję się zafascynowana surowym od pewnego czasu, świeżymi sokami i chrupkimi warzywami, owoce nigdy nie wydawały mi się tak słodkie i soczyste, zwykłe jedzenie wydaje się takie ciężkie i zbędne...
Narasta we mnie zmiana. Nie wiem na ile to jest trwałe, a na ile powodowane ostatnimi wydarzeniami. A były one dla mnie dość nieciekawe. Po dwóch miesiącach ciągłego imprezowania, przespaniu chyba kilku tygodni na kacu, przeżyciu kilku rozczarowań na różnych polach, również przez ludzi,  i straceniu kontroli nad swoim życiem dotknął mnie w końcu boży palec i podczas jednej z imprez, okropnych zresztą, ukradli mi portfel ze wszystkimi dokumentami. Pogonie, kłótnie z barmanami, latanie po komisariatach, urzędach, składanie zeznań, spotykanie znajomych których wcale nie chciało się spotykać... Wszystko się posypało. Od paru dni jestem właściwie bez pieniędzy, muszę pożyczać od Justyny, bo do bankomatu przecież nie pójdę a rodzina w Malborku, moje plany podróżnicze spełzły na panewce, bo przecież nie mam dowodu, podróżuję rowerem albo na gapę i jestem zmuszona siedzieć w domu. Do tego kilka dni temu właściwie z dupy ogarnął mnie szał zakupowy, nie wiem skąd, i nawet na koncie świecą pustki. Tak właśnie na to spojrzałam, palec boży. Wierzę, że jeśli człowiek za bardzo zagalopuje się w swoim życiu i znajdzie się tam, gdzie nigdy nie chciał być, Bóg zzsyła mu takie okoliczności i doświadczenia, że będzie zmuszony zastanowić się jeszcze raz. I nie ma od tego ucieczki. I to boli.
Ale zdarza się też, że gdy znajdziesz się w końcu w punkcie, z którego teoretycznie nie ma żadnego wyjścia, i nie możesz spaść już na samo dno, bo pukasz od samego spodu, ktoś zapala światło. I zaczynasz w KOŃCU widzieć. Ja chyba zobaczyłam. Tak naprawdę to czuję się, jakbym doznała boskiego olśnienia. Wypaliłam swojego ostatniego w życiu papierosa w piątek, nie piję, staram się więcej czytać, jeśli gdzieś wychodzę to na jakiś ciekawy warsztat lub wykład poświęcony samorozwojowi, czasem na medytacje,  piszę dziennik swoich emocji, staram się kochać wszystko i wszystkich, nawet tych którzy nie pokochają nigdy mnie... i siebie przede wszystkim. Już zanim to wszystko się wydarzyło, zastanawiałam się nad surową dietą, ale wydaje mi się, że te myśli pojawiły się jako podwaliny, fundamenty pod to co się stało, żebym nie przeżyła takiego szoku. Chyba nie żałuję. Nie lubię zazwyczaj się zwierzać publicznie, właściwie rzadko opowiadam też o swoich emocjach i przemyśleniach innym ludziom, znajomym czy przyjaciołom... Ale ten surowy poniedziałek nie wziął się znikąd, dlatego czułam potrzebę jakoś się uzewnętrznić... Może kogoś to zainteresuje.

Ale co zjadłam podczas pierwszego surowego poniedziałku?


 Na przykład na śniadanie sałatkę z rukoli, botwiny, dyni, pora, oliwy, a to wszystko posypane pestkami dyni i ziarnami czarnuszki. Bajeczna!


A do tego smoothie z banana, dwóch mandarynek i jabłka, plus szklanka wody


Jabłko zjedzone gdzieś po 11, mandarynki o 14

Do tego garść suszonych owoców z orzechami plus banan

A na obiad witariańskie tabouleh z rozdrobnionego niedużego kalafiora, pomidorów, oliwek, świeżej natki, bazylii i koperku, polane oliwą , doprawione pieprzem i gruboziarnistą solą morską. Dzięki, Ewcia! :*

Do tego kilka szklanek wody i jedno jabłko, które zjadłam właściwie dla smaku, niż dlatego, że byłam głodna. Ogólnie czuję, że zjadłam za dużo i czuję się trochę ciężko... Wydaje mi się, że tego kalafiora było po prostu za dużo. Ale nie mogłam go sobie odmówić, taki był pyszny po prostu *_*
Ogólnie wrażenia pozytywne, dużo mniej czasu spędzonego w kuchni, a tak samo pysznie.  Trochę się boję kompletnego raw, ale czuję, że zwykły weganizm to za mało... Dlatego krok po kroku, będę zmierzać w stronę surowego :) Jeśli mi się nie uda, na pewno wrócę do swojego starego zwyczaju picia co najmniej jednego smoothie dziennie, świetna sprawa.
Buziaki i do jutra :*